Odpowiedz 
 
Ocena wątku:
  • 5 Głosów - 4.2 Średnio
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Dziennik:Epidemia
Autor Wiadomość
XxSPIDxX Offline
7 Days To Die member
*
Zarejestrowani

Liczba postów: 225
Dołączył: Aug 2013
Mózgi: 963.23

Odznaki:
Post: #1
Dziennik:Epidemia
Dziennik: Epidemia,
napisany został przeze mnie(XxSPIDxX[Kamil B.]).
Zabraniam kopiowania i rozpowszechniania go.
PS: Tak jak zapowiedziałem, postanowiłem pisać to opowiadanie, a raczej dziennik. Nie będzie on nawiązywał za bardzo do gry, może trochę. Będzie on jednak nawiązywał do tego, co w grze jest poruszane, czyli apokalipsy zombie.
BOHATEROWIE:
Spoiler(Pokaż)
Bohaterowie:
Tom – główny bohater, osoba pisząca dziennik
Bryan – syn głównego bohatera
Dayan – kompan i najlepszy przyjaciel Tom’a
Elizabeth – przyjaciółka Tom’a, a może coś więcej, chirurg
Cornelia – żona Dayan’a
Alex – syn Dayan’a i Cornelii
Patrick – nowy kompan i przyjaciel Tom’a oraz Dayan’a
Dexter – syn Patrick’a
Melanie – dziewczyna Dextera
Nick – starszy mężczyzna
Drake – wróg Tom’a oraz jego przyjaciół
Lili – córka Tom’a
DNI DZIENNIKA:
Dzień 1: Wybuch
Spoiler(Pokaż)
Jestem Tom Dark, agent służb specjalnych. Postanowiłem założyć dziennik wraz z wybuchem epidemii. Może zacznę od tego, jak się to wszystko zaczęło. Tak jak wcześniej napisałem, jestem tajnym agentem. Zostałem wysłany, aby zdemaskować groźną grupę pracującą w fabryce. Przeniosłem się tu z rodziną pod przykrywką mechanika-cieśli szukającego pracy. Parę dni po moim przyjeździe oglądałem telewizję. W niej zobaczyłem coś strasznego, Wielka fabryka wybuchła, cały teren został skażony. W tej fabryce bowiem były prowadzone eksperymenty na ludziach. Dawano im różne chemikalia, mające wzmocnić ich organizm. Pracownicy jednak nie wiedzieli w co się pakują, co eksperyment to nie wypał. Ludzie tam masowo ginęli, dlatego zostałem tu wysłany. Miałem na celu dowiedzieć się, kto stoi za eksperymentami i go zamknąć na wiele lat w więzieniu. Byłem bardzo blisko zdemaskowania go, zostałem nawet przyjęty w fabryce, miałem naprawiać wszystko, co zostało zepsute. Jednak wybuch zmienił wszystko. Tysiące kilometrów zostało skażone w ciągu zaledwie godziny. Władze zarządziły kwarantannę, zamknęli wszystkie możliwe wyjazdy ze skażonego terenu. Gdy wyjrzałem przez okno, widok, który zobaczyłem był przerażający. Ludzie w panice biegali i szukali schronienia, coś ich goniło. To coś z książek i filmów znane było jako zombie. Opary z fabryki miały bowiem coś, co mutowało ludzi w te obrzydliwe stworzenia. Pospiesznie kazałem mojej żonie i dzieciom zabrać wszystko co potrzebne i schować się w piwnicy. Ja natomiast pospiesznie udałem się na strych. Tam miałem schowaną broń, a raczej bronie. Uznałem, że najlepszy będzie shotgan, miałem również do niego najwięcej naboi, całą torbę. Następnie wziąłem plecak, trochę jedzenia, picia oraz maski. Toksyczne opary mogły się bowiem utrzymać jeszcze parę godzin. Zabrałem też latarkę i parę baterii. Udałem się na dół, do żony i dzieci. Moja rodzina była strasznie przerażona, nie mogłem ich za nic uspokoić. Żona zaczęła się na mnie wydzierać, mówiła że to przeze mnie niebawem zginą. Nie układało nam się, po paru latach małżeństwa strasznie się zmieniła. Ostatnio była strasznie chciwa, gdyby nie to, nie zabrałbym się za to zlecenie. Oferowali dość dużo pieniędzy i oczywiście zgłosili się do mnie, jestem najlepszy w moim fachu. Mieliśmy dług do spłacenia, więc zlecenie przyjąłem. Żona oczywiście niezadowolona, według niej powinienem zajmować się dziećmi, sprzątać dom, robić obiad i jeszcze zarabiać. Ona bowiem zaniedbywała te obowiązki, chodziła z koleżankami do drogich fryzjerów, salonów odnowy, do centrum handlowych. Jednak mimo to, coś do niej czułem. Mieliśmy w końcu ze sobą dwójkę dzieci, 10 letniego chłopca i 8letnią dziewczynkę. Po paru godzinach spędzonych w piwnicy nastała noc. Żona zaczęła się dusić. Przeraziłem się trochę, spytałem co się dzieje. Ona odparła nic i wstrzyknęła sobie coś w żyłę. Na początku myślałem, że wzięła narkotyki, lecz zaprzeczyła. Powiedziała, że jest chora na astmę, a to jest jakiś nowy lek na nią. Nie wierzyłem jej, mimo to musiałem jej pomóc. Powiedziała, że skończyły jej się lekarstwa, i że bez nich umrze. Zaczęła płakać i żegnać się z nami, tak jakby za chwilę miała odejść. Cichym głosem szepnęła, że musi mi coś powiedzieć. Ja jednak nie mogłem jej już słuchać, nie mogłem patrzeć jak umiera moja żona. Zobaczyłem jak nazywają się lekarstwa i wyruszyłem w drogę do najbliższej apteki. Droga nie była trudna, apteka była zaledwie 200 metrów od mojego domu. Szedłem powoli i ostrożnie, słyszałem wrzaski i głośne ryki. Nie szedłem ulicą, przedzierałem się przez ogrody sąsiadów. Nie chciałem, żeby to coś mnie zobaczyło. Po paru minutach byłem na miejscu. Apteka była zabarykadowana, wszystkie okna zabudowane deskami, oprócz jednego. Aptekarz widocznie nie zdążył, okno było wybite. Powolnym krokiem wszedłem do środka, wciąż coś mogło być w środku. Zacząłem szukać, po paru minutach postanowiłem przejrzeć księgę lekarstw. Nasz aptekarz taką prowadził, zapisywał wszystkie lekarstwa jakie ma i do czego one są. Znalazłem owe lekarstwo w spisie, lecz przeraziłem się. Bowiem było to lekarstwo na nieuleczalny nowotwór, który niedawno się pojawił. Zastrzyki ukrywały efekty rozprzestrzeniania się choroby. Teraz już wiedziałem, że te pieniądze nie były wydawane na żadne salony odnowy czy fryzjerów. Poczułem się strasznie, niesłusznie ją obwiniałem. Przez ten moment świat dla mnie nie istniał, nie wiedziałem co zrobić. Coś jednak usłyszałem na zapleczu, chciałem to sprawdzić. Leżał tam aptekarz, a nad nim zombie, tak nazwałem to coś. Wyglądało na to, że konsumował ciało. To było straszne, powoli zacząłem się cofać jednak nadepnąłem ja jakieś szkło. Momentalnie zombie zwróciło się w moim kierunku i zaczęło mnie gonić, a ja zacząłem uciekać. Nie chciałem strzelać, mogłem przez zwrócić na siebie uwagę. Gdy dotarłem do domu już nikt mnie nie gonił, wszedłem po cichu do piwnicy, a tam, moja żona leżała martwa. Nad nią był zombie. Bez wahania strzeliłem mu z shotgana prosto w łeb. Zszedłem na dół i zacząłem płakać. Straciłem moją wybrankę, odeszła. Zacząłem się obwiniać, gdybym szybciej wrócił mogłaby żyć. Moją rozpacz przerwał dźwięk skrzypiących drzwi, powoli z wyciągniętą bronią zbliżyłem się do nich. Jednak to co zobaczyłem trochę mnie pocieszyło. Moje dzieci żyły, to teraz było najważniejsze. Kazałem dzieciom zostać tam gdzie są, a ja poszedłem na górę chociaż częściowo zabarykadować drzwi i okna. Schowałem też ciało umarlaka oraz mojej żony. Bolało mnie to, że nie mogłem jej pochować. Okoliczności na to nie pozwalały. Zamknąłem drzwi do piwnicy, zastawiłem je i poszedłem do dzieci. Dopytywały mnie co się stało z mamą, nie wiedziałem co im odpowiedzieć. Syn jednak po chwili się domyślił i zaczął płakać, córka również. Kolejne godziny minęły spokojnie, spaliśmy.
Dzień 2: Schron
Spoiler(Pokaż)
O 2 w nocy obudził nas ryk. Dzieci, zaczęły panikować, krzyczeć. Nie zdążyłem ich uciszyć, zombie zaczęło wywarzać drzwi. Wiedziałem, że nie potrwa to długo. Nie mogliśmy zostać dłużej w piwnicy, naboi nie miałem zbyt dużo, nie starczyłoby ich do końca nocy. Była jednak pewne wyjście, a raczej tunel prowadzący do bunkru. Parę lat temu, w 2012 roku pewien bogacz wybudował sobie schron. Krążyły wtedy plotki, że ma nastąpić koniec świata. Gdy budowa została skończona, zamknął się w bunkrze i dotąd nie wyszedł. Nie będę wgłębiał Was w szczegóły, zostało nam mało czasu. Odsunąłem szafę, stojącą nieopodal wyjścia i z dziećmi weszliśmy do tunelu. Droga nie była długa, 10 minut drogi i byliśmy na miejscu. Przed nami były wielkie i pancerne drzwi. Obok trzeba było wpisać kod, niestety nie znałem go. Zaczęliśmy dobijać się do drzwi, licząc, że ktoś nam otworzy. Nic się takiego jednak nie stało. Co gorsze, te potwory znalazły nasz trop. Wywnioskowałem to z odgłosów dobiegających z końca tunelu, które coraz to były głośniejsze. Przygotowałem broń, kazałem dzieciom się schować, a sam stanąłem i czekałem, aż nadejdą. Nie musiałem długo czekać, niczym wygłodniałe zwierze dobiegły do nas w minutę. Puściłem serię strzałów w ich stronę, jednak to nic nie dało, nagle drzwi zaczęły się otwierać, szybko udaliśmy się z dziećmi w stronę wejścia. Przywitał nas starzec, zapewne bogacz o którym wcześniej wspomniałem. Nie był zadowolony naszą wizytą, wręcz wściekły. Zaczął na nas wrzeszczeć, że przez nas zombie go wytropiły. Jednak przerwały mu właśnie one, drzwi nie zdążyły się zamknąć, zombie wbiegło do bunkra. W biegu schowaliśmy się za pancerną szybą, drugą warstwą ochronną bunkra. To ich na całe szczęście powstrzymało, jednak nie wiadomo, na jak długo. Starzec był strasznie wściekły, kazał nam się wynosić jak tylko wstanie świt. Pokazał nam drugie wejście, jednak ostrzegł, że wcześniej dobijały się do niego zombie, więc na dworze nie jest bezpiecznie. Nie pozostało nam nic innego, jak przespać pozostałe parę godzin nocy. Gdy nastał świt starzec stał nad nami ze strzelbą i zagroził, że jeżeli nie opuścimy bunkra, zastrzeli nas. Musieliśmy wyjść. Mógłbym go zastrzelić, lecz miał on na celowniku moją córkę. Zrobiliśmy tak jak kazał, powoli otworzyłem główne wyjście, nikogo nie było oprócz ciał, które leżały wszędzie. To był straszny widok, kazałem dzieciom zamknąć oczy i złapałem ich za rękę. Powoli szliśmy w stronę promieni słońca. Okazało się, że jesteśmy w lasku niedaleko miasta. Dookoła nas nikogo nie było, podejrzewałem, że bestie boją się światła i się ukryły. Na całe szczęście odnaleźliśmy ścieżkę do autostrady, 10 minut drogi i byliśmy już niedaleko miasta. Kolejne parę minut szliśmy na autostradzie, gdy byliśmy już parędziesiąt metrów od miasta nagle coś zwróciło naszą uwagę. Był to rozpędzony samochód, który jechał w naszą stronę. W ostatniej chwili zdążyłem z dziećmi odskoczyć w bok, samochód jednak wjechał w pobliski słup. Podbiegłem jak najszybciej do auta. Siedziała w nim wpół przytomna kobieta, oraz mężczyzna. Kobiecie nic się nie stało, miała poduszkę bezpieczeństwa i zapięte pasy, nie można jednak tego powiedzieć o drugim pasażerze, nie przeżył. Zaczął się wyścig z czasem, musiałem szybko wyciągnąć dziewczynę, zanim samochód wybuchnie. Niestety pasy się zacięły, musiałem je przeciąć nożem, który zabrałem z domu. Następnie szybko ją wyjąłem i uciekłem na bezpieczną odległość, tam gdzie kazałem zostać dzieciom. Samochód parę sekund później wybuchł. Kobieta jedynie spojrzała na mnie, po czym straciła przytomność, a raczej zasnęła. Przynajmniej wiem, co spowodowało wypadek, zapewne mało spała i przysnęła za kierownicą. Z dziećmi wszedliśmy do willi stojącej na początku miasteczka. Było to mieszkanie jakiegoś multimilionera. Kazałem zostać dzieciom z dziewczyną, a sam poszedłem zbadać cały dom. Obawiałem się, że zombie postanowiło schronić się przed słońcem, jednak na całe szczęście myliłem się. Poszedłem po dzieci i Elizabeth, tak miała na imię. Dowiedziałem się to po jej dowodzie osobistym. Położyłem ją na łóżku, na górnym piętrze, dopiero teraz mogłem się jej dobrze przyjrzeć. Była przepiękna, była brunetką. Następnie zszedłem na dół, do dzieci. Kazałem im zrobić sobie coś do jedzenia. Ja w tym czasie poszedłem do pobliskiego tartaku. Wziąłem z niego mnóstwo drewna, przywiozłem jej na taczce, która stała tuż przy tartaku. Gdy wróciłem do domu dzieci oglądały telewizje. Poszedłem poszukać narzędzi, były w piwnicy. Zacząłem barykadować wszystkie okna, kolejnie drzwi. Gdy skończyłem była już godzina 15. Dzieci dawno skończyły oglądać telewizję i przeniosły się na komputer, ja zaś postanowiłem wzmocnić bramę. Ogrodzenie było wykonane z dość ładnego i grubego murku, przez który zombie nie powinny przejść. Jedynie brama była dość słaba, powyginana. Wyglądała, jakby ktoś wjechał w nią samochodem. Przez kolejne 5 godzin wbijałem ogromne pale z drewna, zabrane również z tartaku, w miejscach wygięcia bramy. Zostawiłem jedynie małą szczelinę, dzięki której mogliśmy wyjść z tej posesji. Była to dość mozolna, długa i męcząca robota, więc jak tylko wróciłem do domu, wziąłem prysznic, zjadłem obiadokolację razem z dziećmi i włączyłem wszystkie zabezpieczenia domu. Mówię tu o alarmie i blokadzie drzwi. Następnie położyłem dzieci spać, odwiedziłem też Elizabeth, lecz nadal się nie obudziła. Udałem się więc do swojego pokoju i położyłem spać. Noc minęła dość spokojnie, nic nie wiedziało, że tu jesteśmy.
Dzień 3: Wypad w miasto
Spoiler(Pokaż)
Zaczął się dzień trzeci tej apokalipsy, a ja nadal nic nie zrobiłem pożytecznego. Zapasy się kończyły, w domu prawie nie było jedzenia. Nie dziwię się, była to zapewne willa jakiegoś bogacza, który przyjeżdżał tu odpocząć. Rozmyślałem tak na łóżku co zrobić dalej, musiałem zdobyć pożywienie na parę następnych dni, a może nawet tygodni. Z tym jednak nie powinno być problemu, dość dobrze znałem miasto, rozmieszczenie sklepów i supermarketów. Miałem też samochód do dyspozycji, stał w garażu. Był idealny na takie wyprawy, pickup przystosowany do ostrej jazdy w terenie. Po tych rozmyśleniach, podniosłem się z łóżka i porozglądałem się trochę po domu. Musiałem się dowiedzieć, czy wszystko gra z moimi dziećmi, jak i Elizabeth. Wszystko jednak było w porządku, dzieci oglądały telewizje, a raczej jej ostatki, co godzinę wyłączana była kolejne parę stacji, zostało ich może z 5. Elizabeth dalej spała. Zdziwiło mnie jedno, skąd mieliśmy prąd. Udałem się do piwnicy, był tam wielki generator prądu, mogący zasilić parę domów, potrzebował on jednak benzyny do funkcjonowania. To była kolejna rzecz, którą musiałem dzisiaj zdobyć. W piwnicy było parę beczek benzyny, lecz starczyło by ich tylko na parę dni. Nie chciałem się stąd wynosić, było to idealne miejsce do przetrzymania tego kataklizmu. Zabrałem z piwnicy toporek, posłuży on do zabijania nieumarłych wręcz. Potem poszedłem na górę, zjadłem śniadanie i powiedziałem dzieciom, aby nie wychodziły z domu. Przypiąłem też kajdankami Elizabeth, nie wiedziałem kim jest, czy można jej zaufać. Następnie udałem się na dół, powiedziałem Brianowi, tak się nazywa mój syn, aby zamknął tylną bramę po moim wyjeździe. Lili, moja córka, bała się, nie chciała, żebym wyjeżdżał, kazałem Brianowi się ją zająć. Pomimo jej protestów, błagań wyjechałem z terenu domu, musiałem zdobyć te jedzenie i paliwo. Zapomniałem dodać, że wziąłem puste beczki z piwnicy, aby je napełnić. Gdy tak jechałem, mijałem ludzi, którzy błagali o pomoc, jednak nie mogłem nic już zrobić, chłodni pożerali ich żywcem. To było kolejne określenie, które używałem, aby ich określić. Dlaczego akurat chłodni? Gdy zbliżałem się do nich, czułem nieprzyjemny chłód, a wraz z nim obrzydliwy zapach. Nieumarli z dnia na dzień rośli w siłę, jeszcze wczoraj była ich garstka na ulicę, teraz są ich tuziny, na szczęście boją się promieni słonecznych, nie opuszczają cienia. Najpierw pojechałem na stację benzynową, tam napełniłem 6 beczek, które mi się zmieściły z tyłu. Wszedłem też do środka, ostrożnie sprawdzałem czy nie ma tu tych bestii, jednak nic nie było, niestety jedzenia też. Postanowiłem też sprawdzić, czy czasem nie ma broni pod ladą, zwykle sprzedawcy ją mają. Było tam wyraźne miejsce na broń, lecz tej ani śladu. Nie chodziło mi jednak głównie o broń, lecz o naboje do niej. Gdy skończyłem napełniać przedostatnią beczkę, usłyszałem jakieś strzały. Zacząłem napełniać kolejną i udałem się w stronę, z której dobiegały, dotarłem na zaplecze, a tam zobaczyłem okropny widok, pełno krwi na podłodze, a w jej centrum człowiek, młodzieniec, prawdopodobnie 20latek popełnił samobójstwo. Był to widok nie do zniesienia, szkoda mi go było, zabrałem jedynie jego broń i pośpiesznym krokiem poszedłem do samochodu. Ostatnia beczka już została napełniona, napełniłem też bak samochodu do pełna i udałem się do supermarketu. Obawiałem się wejścia do niego, mogłem tam spotkać wszystko. Był to bowiem największy supermarket w okolicy, a w środku było strasznie ciemno, idealne miejsce do przeczekania dnia dla chłodnych. Zabrałem ze sobą latarkę, którą znalazłem na stacji, i wszedłem schylony do środka. Słychać już było głośne sapanie i ryki zombie. Widziałem ich, lecz oni na szczęście nie widzieli mnie. Wziąłem se sobą dwa koszyki i udałem się w stronę puszkowanego jedzenia, inne rodzaje żywności mogły być skażone, bądź po prostu zgniłe, dlatego wybrałem konserwy. Zgarniałem wszystko, co jadalne do koszyków. Gdy już je miałem prawie zapełnione, nagle przez moją nieuwagę spadło parę konserw. Stałem chwilę w miejscu, w nadziei, że nikt nic nie słyszał, zacząłem dalej pakować żywność i co chwilę się rozglądałem. Po paru sekundach, gdy się obejrzałem, ujrzałem to, co nie chciałem widzieć. Paru nieumarłych stało, i patrzyło się na mnie wygłodniałym wzrokiem, zacząłem uciekać, nie mogłem jednak uciec w stronę wyjścia, zagrodzili mi drogę. Zdążyłem zamknąć się na zapleczu, a raczej pokoju dla sprzątaczy, czy coś w tym stylu. Było tu bowiem mnóstwo różnych detergentów, mioteł, szczotek. Musiałem przeczekać, nie było stąd innego wyjścia. Mijały tak kolejne godziny, 11,12,13, nieumarli jednak nie odpuszczali sobie, ciągle próbowali do mnie wejść. Coś jednak odwróciło ich uwagę, strzał, to była szansa dla mnie, szybko pobiegłem w stronę wyjścia, udało mi się. Zapakowałem całe jedzenie na boczne siedzenie, jednak coś nie dawało mi spokoju, musiałem się wrócić. Byłem ciekawy, kto mnie uratował. Wziąłem ze sobą broń i toporek, po czym poszedłem znów do sklepu. Po chwili skradania się, zobaczyłem całą grupkę nieumarłych tuż przy drzwiach do toalety. Wszedłem na jedną z półek i zacząłem strzelać. Po chwili wszyscy chłodni byli martwi, tak przynajmniej mi się zdawało. Odsunąłem ich na bok, i otworzyłem drzwi. Było tam troje ludzi, chłopiec, mężczyzna i kobieta, prawdopodobnie rodzina. Zapytałem, go dlaczego mi pomógł, powiedział, że miał nadzieję, że się odwdzięczę. Zaproponowałem im zamieszkanie ze mną, było przecież sporo miejsca, a ja potrzebowałem pomocy. Zgodzili się, bardzo się ucieszyli, gdyż od wybuchu epidemii ciągle wędrowali. Pozbieraliśmy jeszcze więcej żywności i pojechaliśmy do mojego schronienia. Tam dopiero się poznaliśmy, mężczyzna miał na imię Dayan, jego żona Cornelia, a syn Alex. Dayan powiedział, że chce, abym został ich przywódcą. Zgodziłem się, był to dla mnie zaszczyt, jednak z drugiej strony też obowiązek. Musiałem zapewnić im bezpieczeństwo. Rozładowałem z nim oba samochody, mieliśmy teraz mnóstwo jedzenia, powinno starczyć na paręnaście dni, po benzynę zaś będzie trzeba jeździć co tydzień. Była dopiero 14, więc z moim nowym kumplem pojechałem ponownie do tartaku. Potrzebna nam było dużo drewna, trzeba wzmocnić bramę, porobić pułapki. Obawiałem się najgorszego, nieumarli rosną w siłę co dzień, więc za parę dni, mogą zacząć działać zespołowo i spokojnie ominą ogrodzenie. Załadowaliśmy pickupa drewnem i pojechaliśmy do domu, była godzina 16. Zjedliśmy wszyscy obiad, przygotowany przez Cornelie i wzięliśmy się do roboty. Miałem parę pomysłów, jak wzmocnić ogrodzenie, lecz nie mieliśmy aż tyle materiałów, aby je wszystkie wykonać. Postanowiłem, że będziemy robić włócznie, następnie je ułożymy i zwiążemy tak, aby można było je postawić za płotem. Tak minęło nam resztę dnia, a zrobiliśmy takowych pułapek nie wiele, większość drewna nie nadawało się do tego. Postawiliśmy je przed przednią bramą. Gdy razem pracowaliśmy, dowiedziałem się, że z zawodu był agentem, zupełnie jak ja. Jego żona zaś jest lekarzem. Zapytał się też o moją żonę, nie wiedziałem wtedy co mu odpowiedzieć, zamarłem. Zrozumiał jednak co się stało, powiedział mi że współczuje. Potem poszliśmy na kolację. Cornelia zapytała mnie, kim jest ta kobieta, która leży na górze. Opowiedziałem jej, jak ją spotkałem i zapytałem, czy wszystko z nią w porządku, gdyż dość długo jest nieprzytomna. Cornelia jednak powiedziała to co przypuszczałem, nie spała parę dni i dlatego teraz tak długo śpi. Niedługo po kolacji wszyscy położyli się spać, ja również.
Dzień 4: Promienie już im nie groźne
Spoiler(Pokaż)
Nowy dzień, wstałem o siódmej, pełny optymizmu. Wierzyłem, że może nam się udać przetrwać tą epidemie, że ktoś wymyśli lekarstwo. Poszedłem wziąć zimny prysznic, wykorzystałem wodę w butelce, w kranie mogła być skażona. Gdy się już odświeżyłem, wycierając się dostrzegłem w oknie coś niepokojącego. Kobieta, którą uratowałem zmierzała pośpiesznym krokiem w stronę bramy. Wybiegłem do niej jak najszybciej, lecz była już za bramą. Chwyciłem za toporek i wybiegłem za nią, leżała na drodze, a do niej zmierzało parę z tych żywych trupów, jeden stał już nad nią. Rzuciłem w jego kierunku broń, którą dzierżyłem, trafiłem w samo serce. Eli podbiegła do mnie, podziękowała i przeprosiła. Patrzyłem chwilę na nią, wcześniej nie zauważyłem, że jest taka piękna. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje, straciłem niedawno żonę, jak mogłem się tak zachowywać. Z tych myśli wyrwał mnie ryk nieumarłych. Tak jak wcześniej podejrzewałem, zombie rosły w siłę z dnia na dzień, nie bały się już słońca, lecz nie to mnie przeraziło. Trup, w którego rzuciłem toporem, powstał i znów zmierzał w naszym kierunku, szybko pobiegliśmy do domu, pierw jednak zamknąłem bramę. Nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem, po zaledwie 3 dniach tak mocno się wzmocnili. Wiedziałem, że długo tu nie wytrzymamy, będzie trzeba się wynieść, ale nie dziś. Najpierw trzeba było się przygotować. Potrzebny nam był samochód idealny na taką wyprawę, dobrze zabezpieczony i mogący nas wszystkich pomieścić. Mogliśmy wykorzystać do tego celu parę samochodów, lecz prawdopodobnie będziemy musieli nocować w trasie, a auta osobowe nie były by dobre do tego. Miałem już na myśli pewien samochód, lecz trzeba by było go trochę zmodyfikować, ale to nie problem. Najpierw trzeba go zdobyć, a to już nie było takie łatwe. Chodziło mi dokładnie o autobus więzienny. W tym miasteczku jest taki jeden, to w nim miałem przewieść szajkę z fabryki. Mieścił się w posterunku policji, w samym środku miasta. Zdobycie go nie należało do łatwych, tym bardziej, że syrena, która została włączona w dzień wybuchu epidemii wciąż działała, i przyciągała nieumarłych. Miałem już pewien plan, lecz potrzebna mi była pomoc, Dayan zgłosił się na ochotnika. Musiał mnie osłaniać, gdy ja spróbuję zdobyć autobus. Godzinę później najedzeni i uzbrojeni udaliśmy się moim samochodem w stronę komisariatu, jednak gdy dotarliśmy na miejsce, cały mój plan poszedł się walić. Miałem się po cichu przekraść i po prostu odjechać, jednak było za dużo tam zombie, ciągnęli się przez całą ulicę. Do głowy jednak przyszedł mi inny pomysł, który mógł się udać. Wdrapaliśmy się z Dayanem na dach pobliskiego budynku i tam przedstawiłem mu moje zamiary. Następnie zszedłem na dół, on zaś został, miał mnie osłaniać i w odpowiednim momencie strzelić. Wsiadłem do najbliższego samochodu, musiałem chwilę w nim poszperać, gdyż nie było kluczyków stacyjce, ale to nie stanowiło dla mnie problemu. Następnie zablokowałem pedał gazu oraz klakson i wyskoczyłem. Szedłem powoli za pędzącym samochodem, gdy ten był już w samym sednie gromady tych stworzeń, dałem znak Dayanowi, strzelił, nie trafił. Zombie zorientowały się o co chodzi, zaczęły iść w moją stronę. Dayan powtórzył strzał, ale trafił dopiero za trzecim razem, jednak nie zabiło to wszystkich nieumarłych, lecz większość. Wybuch był dość mocny, gdyż na tylne siedzenie włożyłem dwie beczki benzyny. Zacząłem biec najszybciej jak umiałem w stronę autobusu omijając pozostałych umarlaków. Jeden z nich, powalony przez falę wybuchu złapał mnie na nogę, ścisnął mnie tak mocno, że nie mogłem się uwolnić. Chwyciłem za toporek, który zawsze noszę ze sobą i zacząłem go rąbać, jednak to nic nie pomagało, nawet mocne uderzenia w głowę. Dopiero gdy z wielkim zamachem uderzyłem w okolice szczęki odrąbując mu głowę, jego ciało straciło swą siłę, lecz nadal żył. Próbował mnie ugryźć, ale bez ciała nic nie mógł już zrobić. Podbiegłem jak najszybciej do busa, zamknąłem się w nim, zombie otoczyły mnie dookoła. Szybko odpaliłem samochód i ruszyłem, miażdżyłem wszystkich chłodnych, którzy weszli mi w drogę. Moja radość jednak nie trwała długo, jak tylko wyjechałem z komisariatu, silnik zgasł. Zostałem uwięziony w środku. Dayan próbował mi pomóc, strzelał w truposzy, lecz ich było za dużo. Nie miałem szans na ucieczkę. To się zapowiadał długi, naprawdę długi dzień. Nie wiedziałem co robić, patrzyłem jak zombie nieudolnie forsowało drzwi. Prędzej jednak umarłbym z głodu bądź pragnienia, niż im by się udało do mnie dostać. Musiałem czekać, może akurat by odeszli, lecz z upływem czasu wiedziałem, że to tylko mylna nadzieja. Po godzinie coś zobaczyłem w dali, jakaś grupka podążała w moją stronę. Nie byli to zombie, raczej ludzie, a dokładniej czterej mężczyźni i jedna kobieta. Szli w moją stronę, zaczęli gwizdać, chłodni ruszyli w ich stronę, musiałem wykorzystać tą okazję. Wysiadłem z autobusa i zacząłem szukać benzyny, bowiem właśnie przez nią, a raczej jej brak, silnik zgasł. Znalazłem ją w bagażniku samochodu stojącego na ulicy. Dayan zszedł przez ten czas z dachu, oboje wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę domu. Opowiedziałem Dayanowi, kto mnie uratował, on jednak mówił, że nikogo nie widział, ani słyszał. Przed 11 byliśmy na miejscu, tam zaczęliśmy udoskonalać nasz środek transportu, usunęliśmy parę siedzeń, porobiliśmy miejsca do spania, jak i do składowania jedzenia. Następnie załadowaliśmy go jedzeniem i udaliśmy się do mieszkania. Planowałem jeszcze przenocować jedną noc, abyśmy byli wypoczęci. Po skończeniu prac była 14, musieliśmy jeszcze coś zrobić ze sobą przez te minimum 8 godzin. Postanowiłem się wybrać z moim synem, Bryanem do sklepu z pamiątkami, bowiem tam można było zdobyć katanę, broń dzierżoną przez samurajów. Oni zaś kiedyś, jak mówi legenda, bronili tego miasta. Broń ta była dość dobra do walki z zombie, wystarczyło ją aby naostrzyć. Od kasjerki, przed wybuchem epidemii dowiedziałem się, że ostrze katany zostało wykonane z prawdziwej stali, zaś rękojeść z mocnego dębowego drewna. Zostały zamówione przeze mnie, pierwszą, największą, chciałem umieścić na ścianie w moim pokoju, drugą w pokoju mojego syna, a trzecią w salonie. Była to idealna broń biała przeciwko zombie, dobrze naostrzona wchodziła w ciało, jak nóż w masło, kosztowały mnie one trzy tysiące euro, dość dużo, lecz było mnie stać na takie wydatki. Zabrałem syna ze sobą, gdyż chciałem go nauczyć, jak radzić sobie właśnie z zombie, musiał bronić siostry, gdy mnie nie było w pobliżu. Wczoraj obchodził swoje 11 urodziny, czułem, że jest gotowy, aby zmierzyć się z apokalipsą u mego boku. Gdy jechaliśmy samochodem opowiadałem mu wszystko, co wiedziałem o nieumarłych, co zrobić aby ich zabić, co się stanie, gdy kogoś ugryzą. Znosił to bardzo dobrze, był bardzo dzielny. Z zabraniem katan nie było większego problemu, sklep był mały, więc i chłodnych było mało, praktycznie wcale. Natrafiliśmy na dwóch przed sklepem, pierwszego zabiłem ja, nowo pozyskaną bronią. Nie było tak łatwo jednak odciąć nieumarłemu głowę, ostrze nie było dobrze naostrzone. Drugiego zabiłem również ja, ale był on przeznaczony dla mojego syna, lecz miał on za mało siły, aby unicestwić zombie, chociaż nie wiem czy to dobre słowo, raczej ubezwładnić. Odcięcie głowy chłodnym nie zabijało ich, jedynie ograniczało ich ruchy, a raczej zerowało je. Postanowiłem jednak tak szybko nie wracać do domu, chciałem jeszcze Bryana nauczyć strzelać, najpierw do celów nieruchomych. Postawiłem na drodze kartę dań z pobliskiej restauracji, ćwiczyłem z nim tak przez około 2 godziny, następnie przyszedł czas na strzelanie w ruchome cele, zombie. Po godzinie załapał o co chodzi. Dość szybko się uczył, może dlatego, że dużo czasu spędzał przed tą konsolą. Gdy wróciliśmy do domu była 18, pozostali trochę się o nas niepokoili, ale wyjaśniłem im, dlaczego tak długo nas nie było. Wręczyłem Dayanowi trzecią katanę, uznałem, że będzie to idealna broń dla niego. Kolejną godzinę spędziłem z Elizabeth, rozmawialiśmy o swoich bliskich, o tym co się wydarzyło, co ją, co mnie spotkało. Czas nam minął bardzo miło, dość zbliżyliśmy się do siebie. Miała długie, falowane, brązowe włosy i koralowe, zniewalające oczy. Prawie się pocałowaliśmy, lecz Dayan nam przeszkodził, powiedział, że musimy obmyślić plan podróży. I tak minęły kolejne dwie godziny, nie była to spokojna rozmowa, każdy miał inne pomysły, ideały. W końcu jednak ustaliśmy, naszym celem było miasteczko oddalone o 100km od obecnego. Wybraliśmy je, ponieważ było ono otoczone murem, było one jednym z najpopularniejszych zabytków w tym kraju. Po dyskusji poszedłem się odświeżyć, a następnie spać, tak minął dzień 4.
Dzień 5: Ucieczka
Spoiler(Pokaż)
O 1 w nocy obudziło nas głośne ryczenie, wyjrzałem przez okno i zobaczyłem, jak zombie wdzierają się do nas. Nie wiedziałem jak nas wytropili, obawiałem się najgorszego. Najszybciej jak mogłem ostrzegłem wszystkich, kazałem im się udać do naszego nowo zdobytego pojazdu, ja w tym czasie poszedłem odgonić nieumarłych na przody działki, tylnym wyjściem bowiem mieliśmy wyjechać. Minutę później byłem już w busie, nie zamierzałem jednak otwierać bramy, wcisnąłem pedał gazu do końca i z piskiem opon ruszyliśmy, wywarzając bramę. Paru chłodnych zorientowało się co zamierzam zrobić, jednak próbując nas zatrzymać, skończyli pod kołami. Jechaliśmy tak dwie godziny, godzinę ja, godzinę Dayan prowadził, o trzeciej jednak wydarzyło się coś strasznego. Dayan zasnął na drodze, zdjął jednak nogę z gazu, więc stanęliśmy w miejscu. Wszyscy spali, nikt się nie zorientował, że stoimy. Nagle obudził wszystkich krzyk, była to Cornelia, wgryzał się w nią zombie. Wszyscy w panice uciekli na sam koniec busa, ja wyciągnąłem katanę i odrąbałem głowę nieumarłemu. Musieliśmy jechać dalej, nie było tu bezpiecznie, po krzyku Cornelii zleci się tu za niedługo więcej tych ohydnych stworzeń. Dayan przez resztę drogi opłakiwał umierającą żonę, o 6 rano odeszła. Był to cios dla wszystkich, bardzo ją lubiliśmy. Urządziliśmy jej pogrzeb nad rzeką. Tam przeżyliśmy kolejny szok, tym razem był to cios skierowany w moją osobę. Moja córka, Lili była w objęciach chłodnego, patrzyłem jak on wtapia swoje zęby w jej bark, tak jakby była soczystym mięsem. Upadłem na kolana, załamałem się. Mój syn wtedy dorósł, zamachnął się i odciął głowę nieumarłemu. Ja zaś klęczałem, nie miałem sił wstać, byłem wykończony psychicznie i fizycznie. W ciągu jednej nocy straciliśmy Lili i Cornelie. W płaczu zacząłem kopać grób dla mojej córki, nie czułem się dobrze, czułem się okropnie. Musiałem grzebać własne dziecko. Przez głowę przeszła mnie myśl, abym popełnił samobójstwo. Spojrzałem wtedy jednak na mojego syna, on tylko mi został, musiałem go chronić. Nie udało mi się to z moją żoną, córką, lecz on musiał przeżyć, nawet kosztem mojego życia. Rankiem wyruszyliśmy dalej w drogę. Obraliśmy kurs na jezioro Braington, tam można było wynająć łódź. Postanowiłem, że to będzie dobra kryjówka na parę dni. Na wodzie nic by nas nie dopadło. Nie był to jednak dobry pomysł na dłuższą metę, musieliśmy zregenerować swoje siły, otrząsnąć się po dwóch bolesnych stratach. Droga nie była długa, o dziewiątej byliśmy na miejscu. W zatoczce była tylko jedna łódź, nowoczesna, lecz mała. Dolaliśmy paliwa do niej, zabraliśmy resztę na pokład. Samochód zaparkowałem tuż przy porcie, aby można szybko uciec, gdyby coś się stało. Odcumowałem następnie łódź i parę minut po przyjeździe byliśmy dobre paręnaście metrów od brzegu. Kolejne pół dnia spędziłem w kajucie, odsypiałem całą noc, jak i użalałem się nad sobą, to przeze mnie Lili nie żyje. Wstałem wieczorem, wszyscy siedzieli w stołówce, dołączyłem do nich. Zjedliśmy kolację, trochę pogadaliśmy o tym, co się stało. Potem położyłem się spać, nie miałem już na nic innego siły, z resztą co mogliśmy robić na środku jeziora, jak nie odpoczywać? Plan na jutro miałem już ustalony, musiałem zdobyć trochę jedzenia, zapasy były na wyczerpaniu. Nie zdążyliśmy spakować wszystkiego, nie pozwolił nam zbieg wydarzeń, który nastąpił dzisiejszej nocy. Po krótkich rozmyślaniach udałem się spać.
Dzień 6: Poszukiwania
Spoiler(Pokaż)
Ćwierkot ptaków, szum drzew, rechotanie żaby, tej nocy śniła mi się moja żona. Leżała przy jeziorze w lesie, na kocu i wołała mnie, abym się do niej przyłączył. Podszedłem, pośmialiśmy się razem, po czym nago wskoczyliśmy do spokojnego jeziora. Wiedziałem, że to tylko sen, piękny sen, lecz nie chciałem się obudzić. Nagle coś wciągnęło moją ukochaną do wody, zacząłem wrzeszczeć, krzyczeć, dookoła mnie pojawiła się krew. Wtedy obraz zaczynał zanikać, słyszałem głosy. Obudziłem się, stał nade mną Dayan, zaniepokojony próbował mnie obudzić. Przywitałem go miło, jednak po tym, co mi powiedział diametralnie zmieniło się mój nastrój. Byłem osłabiony, chory, Elizabeth była lekarzem, miałem gorączkę. Musiałem dostać szybko lekarstwa, inaczej popadłbym w śpiączkę. Nie to jednak spowodowało, że się zaniepokoiłem podobnie jak Dayan, nasze dzieci postanowiły rankiem udać się po owe lekarstwa, gdy usłyszały rozmowę Dayan’a i Elizabeth. Apteki w pobliżu nie było, jednak parę kilometrów stąd był szpital, a przed nim miasteczko. Nie było chwili do namysłu, musieliśmy jechać po nich, odnaleźć ich. Elizabeth z Dayanem jednak zamierzali sami poszukać dzieci, powiedzieli, że muszę odpoczywać. Zgodziłem się, jednak zamierzałem niepostrzeżenie zakradnąć się do dżipa, którym zamierzali jechać. Stał on w porcie na parkingu, nie brali busa, gdyż za wolno by się nim poruszali. Musieliśmy zacumować do brzegu, gdyż dzieci odpłynęły zna jedynym pontonie jaki posiadaliśmy. Gdy dopłynęliśmy do brzegu, udałem się do mojego pokoju, przynajmniej tak powiedziałem. Po cichu opuściłem łódź i podbiegłem do dżipa. Na moje szczęście kluczyki były w stacyjce. Położyłem się na tylnym siedzeniu i przykryłem pewną płachtą, która tam właśnie leżała. Parę minut później usłyszałem dźwięk otwierania drzwi, pomyślałem że to właśnie oni przyszli. Wyjrzałem kątem oka w kierunku przedniego siedzenia, nie była jednak to osoba, której się spodziewałem. Był to jakiś facet, miał broń, wyglądał jak zbiegły więzień skazany za morderstwo. Postanowiłem się nie ujawniać, słyszałem bowiem głosy moich przyjaciół. Widziałem jak momentalnie znieruchomieli, a osoba na przednim siedzeniu wyciągnęła broń i strzeliła, przynajmniej próbowała strzelić, jednak jego spluwa nie wystrzeliła, prawdopodobnie się zacięła. Gwałtownie więc odjechał, ja jednak siedziałem cicho, postanowiłem poczekać aż się zatrzyma, chciałem uniknąć wypadku. Kilkanaście minut później stanął, zaczął mocować się ze swoją bronią. Skorzystałem z okazji, wyskoczyłem i zacząłem go dusić, jednak wyrwał się z moich rąk, byłem osłabiony i nie miałem tyle siły co wcześniej, szybko przeskoczył do mnie i przycisnął mnie do siedzenia. Z sekundy na sekundę czułem, że odchodzę z tego świata, straciłem przytomność. Ponownie miałem piękny sen, tym razem byłem zapewne na wakacjach z synem, córką i żoną. Płynęliśmy żaglówką, wiatr wiał dość mocny, moi bliscy podziwiali delfiny, które skakały wokół naszej łodzi. Nagle zerwał się strasznie mocny wiatr, żagiel walnął mnie w tył głowy, przewróciłem się, widziałem niebo, a chwilę później moją żonę, pochyliła się nade mną i zbliżała powoli swoje usta do moich, nagle się ocknąłem. Nade mną był chłodny, kwas z jego ust kapał na moją koszulę, chciał już się wgryźć w moją soczystą szyję, gdy nagle padł strzał, truposz rozłożył się na mnie, z trudem zepchnąłem go z siedzenia, na którym leżałem. Powoli się podniosłem i otworzyłem drzwi, zobaczyłem cztery postacie. Podziękowałem im za pomoc, przedstawiłem się, oni również. Dziewiętnastoletni chłopiec nazywał się Dexter, jego dziewczyna Melanie, ojciec chłopca Patrick, zaś starszy mężczyzna, 58 letni Nick. Chcieli, abym się do nich przyłączył, jednak wolałem, aby to oni się do nas przyłączyli, zgodzili się. Wskazałem im drogę do portu i kazałem im tam się zadomowić, czekać. Ja musiałem jechać po dzieci, Patrick zaproponował mi pomoc. Nie mogłem odmówić, tym bardziej zważając na to, co mi się wcześniej stało. Odjechaliśmy dżipem w stronę szpitalu, Patrick prowadził, ja nie miałem sił. Droga nam się wydłużyła, więzień bowiem jechał w zupełnie innym kierunku. Dojechaliśmy do szpitala w popołudnie, spostrzegłem, że Dayan i Elizabeth byli już na miejscu, rozpoznałem samochód, który stał na parkingu w porcie. Ruszyliśmy w kierunku budynku, szedłem na własnych nogach, jednak co chwilę Patrick musiał mnie podtrzymywać, traciłem siłę. Chwilę potem byliśmy już w szpitalu, było ciemno, nic nie działało, co parę sekund korytarze rozświetlały świetlówki, które wyczerpywały ostatki prądu. Szliśmy cicho, powoli, pochylając się, nie miałem z resztą sił, aby się wyprostować. Naszym celem było pomieszczenie z kamerami. Zapewne myślicie, co tam mamy szukać, skoro nie ma prądu? O tym szpitalu czytałem w gazecie, wybudował go jakiś miliarder, jest to najnowocześniejszy szpital w kraju. Owe pomieszczenie miało oddzielne zasilanie, pochodziło one z baterii słonecznych umieszczonych na dachu budynku. Było to dość dobre rozwiązanie w razie napadu. Terroryści wyłączyli by pewnie prąd, aby kamery nic nie zarejestrowały, jest to idealne miejsce do zrobienia napadu, mało ochrony a sprzęt drogi, gdyby go zdołali ukraść zarobili by fortunę. Błąkaliśmy się tak w kółko, z każdego kierunku słychać było odgłosy chłodnych. W końcu dotarliśmy do celu, pomieszczenie to było zupełnie inne od innych, zadbane, oświetlone. W jednej z sali operacyjnych zobaczyłem Dayan’a i Elizabeth, byli otoczeni przez … ludzi. Pobiegliśmy tam jak najszybciej, wymierzyłem do nich i krzyknąłem, aby rzucili broń. Był to dość głupi pomysł, nas czterech kontra parunastu innych, jednak nic innego nie przyszło mi do głowy, tylko tak mogłem pomóc moim przyjaciołom. Krzyknąłem, że nie chcemy kłopotów, że już się wynosimy, tylko chcemy znaleźć nasze dzieci. Ich przywódca bezczelnie się zaśmiał, powiedział, że wrzucili ich do pomieszczenia pełnego nieumarłych, nie wytrzymałem. Zacząłem po kolei ich zabijać, oberwałem w brzuch, jednak udało mi się ich wszystkich uśmiercić z pomocą Patricka. Dayan i Patrick położyli mnie na stole operacyjnym, Elizabeth zamierzała wyciągnąć kulę, była z zawodu chirurgiem. Straciłem przytomność, znów miałem sen. Tym razem byłem na misji, niedaleko fabryki, było to moje pierwsze podejście do zdemaskowania szajki. Wtedy wspomnienie mi się urwało, obudziłem się parę metrów dalej. Był już zmierzch, więc nie pozostało mi nic innego jak wrócić do domu. Było to dzień przed wybuchem epidemii, na tym mój sen się skończył. Obudziłem się obandażowany na stole operacyjnym, dookoła była krew, moja krew. Gdy wszyscy zobaczyli, że się obudziłem podbiegli do mnie. Elizabeth powiedziała, że muszę odpoczywać, straciłem za dużo krwi, ledwo co przeżyłem, do tego męczyła mnie ta choroba. Byłem wykończony, zamierzałem zasnąć, jednak przypomniałem sobie o dzieciach. Powoli się podniosłem, reszta ekipy stanowczo tego odradzała, jednak ja się im postawiłem, gdzieś tam było moje dziecko, niestety ich nie przekonałem. Zamierzali sami pójść po nich, twierdzili, że bym ich opóźniał, przez co dzieci mogły by zginąć, to mnie przekonało, zasnąłem. Kolejny sen dotyczył mojego syna, były jego urodziny, stał koło mnie. Wszyscy jego koledzy, rodzina śpiewali: Sto lat, sto lat… Następnie szli w naszym kierunku, to mnie zdziwiło, obudziłem się, byłem otoczony. Podbiegłem w stronę okna, nie przyszło mi nic innego, jak skoczyć, było to drugie piętro, miałem szanse przeżyć, jednak nie zbyt duże. Mimo to nie mogłem nic innego zrobić, skoczyłem. Wylądowałem na ferrari, przez chwilę myślałem, że mnie fantazja ponosi, jednak to było naprawdę ferrari. Upadek strasznie mnie zabolał, ledwo co doczołgałem się drzwi, usiadłem i ruszyłem. Obraz coraz bardziej się rozmazywał, oczy zamykały. Przed tym jak zasnąłem zobaczyłem, że jakiś samochód jedzie w moim kierunku, obudziłem się niedługo po tym, jak zasnąłem. Samochód był cały zniszczony, dachował, ja byłem pod nim. Zobaczyłem, że jakaś kobieta się do mnie zbliża, po tym ponownie straciłem przytomność. Obudziłem się w jakimś domie, byłem skuty i związany, znajdowałem się w ciemnym pokoju. Parę minut później ktoś otworzył drzwi, doznałem szoku. W drzwiach stała Cornelia, obok niej zaś ten pacan, który uwięził dzieci, widocznie jakimś cudem udało mu się uciec, gdy wymordowałem jego kompanów. Zaczął na mnie wrzeszczeć, co raz to obrywałem od niego, nie chciałem bowiem powiedzieć, gdzie jest nasza baza. Po paru minutach tortur wyszedł, Cornelia została. Zaczęła się oschle wypytywać co z Dayanem, co z jej dzieckiem. Milczałem, mówiła, że przeze mnie prawie zginęła, że zostawiliśmy ją. Odrzekłem, że to z pośpiechu, że nie chcieliśmy. Wyśmiała mnie, zapytałem się jej, dlaczego zadaję się z tymi bandytami, odrzekła, że to oni ją uratowali. Wtedy zrozumiałem, że muszę skłamać, inaczej nic nie zdziałam, inaczej nie wydostanę się stąd, nie powrócę do bliskich. Powiedziałem jej, że ten, kto ją wybawił zamordował mojego i jej syna, oraz Dayan’a. Na początku nie wierzyła, potem zaczęła płakać, mówiła, że to nie prawda, że żyją. Powiedziałem, że pomogę jej ich pomścić, tylko musi mnie wypuścić, nie odpowiedziała, wyszła. Potem usłyszałem strzał, nie długo po tym wróciła. Rozwiązała mnie, rozkuła, zapytałem się, czy zabiła drania. Odpowiedziała, że nie, że gdzieś wyjechał, zabiła jego podwładnego. Wydostaliśmy się na zewnątrz, słońce już zachodziło. Nie było szans, abyśmy dojechali do portu, schowaliśmy się w domku naprzeciwko. Było to dość ryzykowne, jednak najlepsza kryjówka, to pod nosem rywala. Powiedziałem Cornelii, że rano ruszymy w drogę, jednak ona odmówiła. Powiedziała, że musi pomścić swoją rodzinę, wtedy powiedziałem jej prawdę, że Dayan z jej synem prawdopodobnie żyją, wściekła się na mnie, wymierzyła do mnie, krzyczała, że ją wykorzystałem. Potem jednak opuściła broń, po tym, jak dowiedziała się, że jej syn wraz z moim przez Drake’a, tak nazywał się ta łachudra, zostali uwięzieni w pomieszczeniu pełnym chłodnych. Przystała na moją propozycję, o 4 rano zamierzaliśmy stąd wyjechać, była to idealna pora, większość jeszcze spała i byśmy dojechali na 8 do portu. Schowaliśmy się w piwnicy, było to dość dobre miejsce, aby obserwować poczynania rywali z okienka. Przynieśliśmy tam śpiwory, zabarykadowaliśmy się i zasnęliśmy, pierw jednak nastawiłem budzik, który znalazłem w tym domu.
Dzień 7: Bez śladu
Spoiler(Pokaż)
Wstałem dość rano, o godzinie 6:00. Nie było w domu nigdzie Cornelii, zaniepokoiłem się. Szukałem jej na piętrze, strychu, nie było ani śladu. Przeczuwałem, że Cornelia poszła się zemścić, chciała zabić Drake’a. Moje przypuszczenia po chwili sprawdziły się, usłyszałem dwa strzały, a gdy podszedłem do okna zobaczyłem ranną kobietę opuszczającą pobliski dom. Wybiegłem jak najszybciej na zewnątrz, odpaliłem samochód, Cornelia wsiadła i odjechaliśmy. W trakcie ucieczki chciałem wiedzieć tylko jedno, nie to dlaczego to zrobiła, nie to dlaczego się mnie nie posłuchała, nie to dlaczego działała sama, a to czy jej się udało, czy zabiła Drake’a. Niestety nie było go tam, był tam tylko jego brat, którego zdołała zranić. Nie mieliśmy we dwoje szans z jego bandą, która liczyła parunastu młodych mężczyzn, dlatego też odjechaliśmy. Kierowałem się w stronę portu, po drodze wrzeszczałem na Cornelie, że przez nią straciłem idealną szansę na zabicie mojego wroga. Miałem zdjąć go podczas jego patrolu. Naszą spokojną podróż przerwał pusty bak samochodu, wylądowaliśmy w środku lasu. Nie mogliśmy nic innego zrobić, jak zapuścić się głęboko w las, na horyzoncie widziałem już nadjeżdżające samochody wroga. Tak też zrobiliśmy, mimo dużego ryzyka wkroczyliśmy do lasu, inaczej byśmy zginęli. Na nasze nieszczęście zabłądziliśmy, moja orientacja w terenie zawiodła. Pozostało nam tylko iść przed siebie, tak też robiliśmy aż do południa. O ok. 12 godzinie dotarliśmy do jakiegoś domku w środku lasu, prawdopodobnie była to chatka leśniczego. Weszliśmy do środka w poszukiwaniu mapy i jakiejś broni, jedzenia. Lodówka była niestety pusta, przynajmniej znaleźliśmy w szafkach wodę i mapę. Broni też nie mogłem znaleźć, jednak było jeszcze ostatnie pomieszczenie, piwnica. Niechętnie postanowiłem ją zbadać, nie miałem broni, zostawiłem ją w tamtym mieszkaniu. Miałem jedynie moją katanę, którą zawsze zabieram ze sobą. Schodziłem w dół ostrożnie i powoli, stopień po stopniu było słychać coraz wyraźniej jakieś odgłosy. Gdy byliśmy na samym dole widziałem już, co je wydawało. Masa zombie czekająca na czyjeś mięso, nie było tu czego szukać, więc zawróciliśmy. Nie mogliśmy jednak wyjść, ktoś zatrzasnął z hukiem drzwi. Fala zombie rzuciła się w naszą stronę, mieliśmy jednak jakąś szansę, droga przez schody była wąska. Odrąbywałem głowę kolejnym chłodnym, jednak to było strasznie męczące. Zauważyłem jednak, że wystarczy trafić ich w mózg, wtedy zostają unieruchomieni, nie wiem czy zabici, gdyż jest to pojęcie nie pasujące do nich. Tak unicestwiałem kolejne z nich, co do jednego. W końcu mogliśmy zejść na sam dół, drzwi nie chciały nawet drgnąć, dlatego też musieliśmy poszukać innej drogi ucieczki. Przy okazji znalazłem mapę, wisiała na ścianie. Na nasze szczęście byliśmy bardzo blisko portu, znajdował się on kilometr od tej chatki. Chwilę potem Cornelia znalazła okno, niestety z kratami. Nie mieliśmy jednak wystarczająco jedzenia, aby tkwić tu parę dni usiłując przepiłować kraty, do tego z towarzyszącym nam odorem zabitych zombie. Jedynym wyjściem było wywarzenie drzwi. Po paru minutach prób udało się, mogliśmy opuścić to pomieszczenie. Pierwszym celem, który obrałem po opuszczeniu piwnicy było znalezienie tego idioty, który nas zamknął. Niestety nie udało mi się to, szukałem w całej chacie jak i okolicy, nikogo ani śladu. Udaliśmy się więc dalej, w stronę portu. Po parunastu minutach byliśmy na miejscu. Jednak nie cieszyło mnie to po tym, co zobaczyłem. Łódź, na której się osiedliliśmy płonęła. Do brzegu powoli płynęło też ciało jakiegoś chłopca, jednak nie miałem odwagi spojrzeć kto to był. W głębi serca nadal miałem nadzieję, że inni przeżyli, udało mi się uciec. Wskazywały też na to ślady opon na drodze, którą nigdy nie jeździliśmy. Prowadziła ona w głąb bagien, stamtąd przybywało najwięcej chłodnych. Nie mieliśmy nic do stracenia, pogrążeni w bólu z ostatkami nadziei, że ktoś przeżył ruszyliśmy tą drogą samochodem, który stał na parkingu. Pierw zjedliśmy coś i zabraliśmy zapasy jedzenia, wody i amunicji z miejsca, gdzie wcześniej to wszystko ukryłem. Reszta dnia nie była zbytnio ciekawa, nic się nie wydarzyło. Ciągle jechaliśmy wcześniej wspomnianą drogą w poszukiwaniu naszej nadziei, że nasza rodzina żyje.

Zapraszam do czytania i oceniania mojego opowiadania-dziennika, znajdziecie go pod tym linkiem:
Dziennik:Epidemia
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02-11-2013 20:18 przez XxSPIDxX.)
31-08-2013 10:39
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Lukas88 Offline
100%
*
V.I.P Helloween

Liczba postów: 110
Dołączył: Aug 2013
Mózgi: 92.06

Odznaki:
Post: #2
RE: Dziennik:Epidemia
No, no robi wrażenie. Wstępnie przeczytałem gdzieś 1/4, ale jak będę miał więcej czasu to się bardziej zagłębie. Co mnie bardzo cieszy da się to czytać i jest ładnie napisane bez większych błędów. Powodzenia.
31-08-2013 10:55
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
XxSPIDxX Offline
7 Days To Die member
*
Zarejestrowani

Liczba postów: 225
Dołączył: Aug 2013
Mózgi: 963.23

Odznaki:
Post: #3
RE: Dziennik:Epidemia
Dzięki, co do błędów, ortografia to moja mocna strona, więc nie powinno być błędów, lecz przepraszam z góry za powtórzenia, przecinki itp. To już nie jest moja dobra strona ; )
31-08-2013 10:59
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
haper Offline
100%
*
Zarejestrowani

Liczba postów: 109
Dołączył: Aug 2013
Mózgi: 68.47

Odznaki:
Post: #4
RE: Dziennik:Epidemia
Dobry dziennik za dużo nie przeczytałem ale jak będę miał czas to na pewno całe przeczytam.
31-08-2013 11:40
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
kasperg21 Offline
100%
*
V.I.P

Liczba postów: 178
Dołączył: Aug 2013
Mózgi: 330.28

Odznaki:
Post: #5
RE: Dziennik:Epidemia
Fajne leci plus

[Obrazek: NowaqasfC.png]

[Obrazek: 76561198073348530.png]
31-08-2013 16:23
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
lukasz191o Offline
7 Days To Die member
*
Halloween

Liczba postów: 421
Dołączył: Aug 2013
Mózgi: 1,568.40

Odznaki:
Aktywny Użytkownik
Post: #6
RE: Dziennik:Epidemia
Dla mnie super, bardzo miło się czyta, więc przeczytałem całe.
Jak masz do tego chęci i zapał to kontynuuj, z chęcią przeczytam następną część. Oczko
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31-08-2013 22:29 przez lukasz191o.)
31-08-2013 22:29
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
XxSPIDxX Offline
7 Days To Die member
*
Zarejestrowani

Liczba postów: 225
Dołączył: Aug 2013
Mózgi: 963.23

Odznaki:
Post: #7
RE: Dziennik:Epidemia
Na dniach planuję napisać kolejną część(dzień 2), ale takie pytanie, czy ktoś wgl. będzie to czytał? ;d
02-09-2013 20:23
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Lukas88 Offline
100%
*
V.I.P Helloween

Liczba postów: 110
Dołączył: Aug 2013
Mózgi: 92.06

Odznaki:
Post: #8
RE: Dziennik:Epidemia
Jak widać chętnych nie brakuje. Chyba najlepszym momentem będzie jak wydasz w piątek pod wieczór, być może wtedy użytkownicy znajdą więcej czasu na czytanie jak już ogarną sprawy szkolne. :) (lub w weekend)
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02-09-2013 21:18 przez Lukas88.)
02-09-2013 21:18
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
XxSPIDxX Offline
7 Days To Die member
*
Zarejestrowani

Liczba postów: 225
Dołączył: Aug 2013
Mózgi: 963.23

Odznaki:
Post: #9
RE: Dziennik:Epidemia
Dopiero teraz odpowiadam, ale wcześniej jakoś nie zauważyłem twojej odpowiedzi ;d Dodam, tak jak radzisz w piątek wieczorem drugi dzień! Więc oczekujcie ;d
04-09-2013 16:42
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
XxSPIDxX Offline
7 Days To Die member
*
Zarejestrowani

Liczba postów: 225
Dołączył: Aug 2013
Mózgi: 963.23

Odznaki:
Post: #10
RE: Dziennik:Epidemia
Wybaczcie, że druga część nie wyszła w ten piątek. Niestety, ale miałem mnóstwo zadane i musiałem wkuwać do kartkówek. Wkleiłem przed chwilą 2 dzień, zapraszam do czytania. Jeszcze raz Was przepraszam za źle zbudowane zdania(chodzi o przecinki albo ich brak), bądź powtórzenia, lecz to nie jest moja dobra strona. Mam nadzieję, że 2 dzień się spodoba ; )
08-09-2013 20:47
Znajdź wszystkie posty użytkownika Odpowiedz cytując ten post
Odpowiedz 


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości


Nasze strony:
The Stomping Land Pierwszy polski support